Autor Wiadomość
Erdatep
PostWysłany: Śro 7:26, 25 Kwi 2007    Temat postu:

Banned video!
http://amazing-matures.info/video639228/
Daryśka
PostWysłany: Pią 22:29, 01 Wrz 2006    Temat postu:

A ja mam mieszane uczucia co do zakończenia tego opka. Z jednej strony chciałabym więcej, a z drugiej cieszę się , że już koniec, bo teraz czas na inny opek, którego publikacji nie umiem się doczekać ^^'
Kaja
PostWysłany: Wto 19:24, 29 Sie 2006    Temat postu:

końcówki mi zwykle ładnie wychodzą, a z tej to już w ogóle cała dumna jestem Very Happy
ach ta srkomność...
Ive-Hao
PostWysłany: Wto 19:22, 29 Sie 2006    Temat postu:

W sumie tego się spodziwałam, ale to nie zmiena faktu, że podobało mi się....świetna końcówka Wink
Kaja
PostWysłany: Wto 18:57, 29 Sie 2006    Temat postu:

Ta da da dam! Last part of '10 lat później' xD Enjoy.

Part 26:

W pokaźnej posiadłości Asakurów, przerobionej z dawnego zajazdu czy innej gospody, powitała nas Anna. Yoh, razem z jakimś brzdącem, przebywał obecnie w innej części ogrodu, z odgłosów wnosiłam, że coś sprzątają. Po kilku chwilach zza węgła wyleciało dziecko nieokreślonej płci i z prędkością naddźwiękową rzuciło się na nas.
-Kaja-san!!- ryknęło to coś, osiągające właśnie drugą prędkość kosmiczną.
CHRYSTE!! ZABIERZCIE GO ODE MNIE!!
Anna musiała się czegoś domyślić, bo bez słowa wpuściła całą gromadę do salonu, wzięła mnie na bok i pogoniła do kuchni.
-Co się stało?- zapytała. Westchnęłam, spojrzałam na naczynia w zlewie i podwinęłam rękawy. Brwi Anny powędrowały do góry, ale nie przeszkodziła mi.
-Czego naopowiadaliście smarkaczowi?- zapytałam zgryźliwie, odkręcając wodę. Wzruszyła ramionami. Podczas zmywania opowiedziałam jej w miarę dokładnie, co się działo. Wysłuchała w milczeniu, na szczęście, i bez komentarzy.
Wytarłam ręce i spojrzałam na nią. Opierała się o blat i patrzyła w przeciwległą ścianę.
-Dalej uważasz, że to dobry pomysł?- zapytała po pięciu sekundach ciszy. Zacisnęłam wargi.
-Tak.- powiedziałam chłodno.- Nie po to tłukłam się przez całą długość Azji, żeby teraz zrezygnować. Anna, mnie o mało z roboty nie wylali, straciłam po drodze kumpla i przyjaciółkę, a Pietruś poważnie się pożarł z rodziną. Ścigał nas szurnięty narkoman, ruska mafia, zbieg z głupiejowa i karzełek kleptoman. I ty myślisz, że teraz mogłabym tak po prostu zrezygnować?
-Nie o to mi chodziło.- czarne spojrzenie Anny śmignęło jak rakieta i utkwiło mi w oczach.- Zawsze mogliście wsiąść w samolot i po dwóch dniach byłoby po wszystkim.
Odwzajemniłam spojrzenie. Atmosfera gwałtownie zgęstniała tak, że niemal zaczęła trzeszczeć.
-Wiem.- wycedziłam.- Była taka propozycja. Ale jakoś tak dziwnie potrzebowałam tego wszystkiego. Nie tylko dlatego, że miałam ochotę komuś przylać.
Po dłuższej chwili Anna odwróciła spojrzenie. Wyprostowała się i wyszła z kuchni. W drzwiach jeszcze przystanęła i powiedziała przez ramię:
-Nie wchodźcie na górę.
Odetchnęłam.
-Dziękuję.- powiedziałam cicho. Nie zareagowała. Odeszła.

* * *

Siedzę na werandzie i układam pentagramy z patyczków. Pietro i Monika starannie mnie unikają, czują, że powiedzą coś głupiego i wybuchnę. Mam wrażenie, że powietrze nabrało konsystencji kisielu. Jest gorąco i bezwietrznie. Drobne kupki obłoków nawet nie drgną na emaliowanym niebiesko niebie. Mam wrażenie, że zaraz zacznę krzyczeć.
Coś wisi w powietrzu, i to bynajmniej nie jest kurz.

* * *

Siedzimy przy stole i milczymy. Dziwne. Anna zamknęła się na górze na cały dzień. Pietro z bardzo niewyraźną miną patrzy w swoje złożone na blacie dłonie, Monika obserwuje powierzchnię herbaty. Yoh i ich dzieciak o ciężkim do zapamiętania imieniu wybyli na "spacerek". Patrzę za okno. Zaczyna się robić ciemno. Przypominają mi się te wszystkie wschody i zachody słońca, które oglądałam z Nethealem. I na pustyni, i w Patch Tribe, i w domu, i w Moskwie. Niby takie same, ale inne.
Zapada szarówka.
Dochodzi dwudziesta.
Zaczyna się ochładzać.

* * *

Słychać wolne kroki na schodach. Wszyscy unoszą głowy. Pojawia się Anna, jakby lekko i cynicznie uśmiechnięta. Wstaję powolutku. Za nią, wyraźnie nieco speszony, stoi Netheal. Długie włosy opadają mu na twarz, a on wyraźnie nie ma odwagi spojrzeć mi w oczy. Żadne z nas nie robi kroku.
Anna podchodzi do Moniki i Pietra, jednym gestem wygania ich z pokoju. Sama zamyka za sobą drzwi.
Netheal unosi głowę. Patrzymy na siebie nieruchomo. On wyprostowany, jak zwykle odrobinę wyniosły, ja cicha, jakby zgaszona, z ręką na biodrze. W końcu coś we mnie pęka, czuję, jak oczy wypełniają mi się łzami. Zaciskam dłonie. Daję krok do przodu. I drugi, i trzeci. I - nie wiem, jak - znajduję siebie w jego ramionach.
-Ja...- niemal gwałtem wyrywam słowa ze ściśniętego gardła.- Tęskniłam...
-Wiem.- słyszę.- Ja... też chyba tęskniłem.

* * *

Siedzimy obok siebie na werandzie. Nawet się nie dotykamy. Netheal jest jakiś nieswój, ja też nie czuję się tak, jak dawniej. Coś się zmieniło.
Nagle równocześnie patrzymy na siebie. Widzę jego uśmiech, taki sam, jak wtedy. Złotawe oczy skrzą się dziwnie, radośnie. Czuję, że też się uśmiecham. Prawie słyszę, jak wali mi serce.
Netheal przykrywa moją dłoń swoją i delikatnie wysyła mi obraz.
-Pamiętasz?
Czuję, że nie mogę się nie uśmiechnąć.

* * *

Staliśmy już na drodze i żegnaliśmy się z Anną. O dziwo, uśmiechała się, i to nawet dość pogodnie.
-Ja nie wiem, jak ci mogę dziękować.- powiedziałam.- Bo sprzątanie i gotowanie odpada - nie jestem z tego najlepsza.
Anna zmierzyła mnie uważnym wzrokiem. I uśmiechnęła się.
-Czasem mogę zrobić coś bezinteresownie.
Nethealowi opadła szczęka. Pietro zamrugał oczami, Monika uśmiechnęła się lekko.
-Dzięki.- powiedziałam. Anna popatrzyła na mnie, potem na Cukierka.
-Po prostu...- zaczęła i urwała.- Tylko lepiej pilnuj swojego ducha. Albo znajdź sobie medium gdzieś bliżej.
Roześmieliśmy się.
-Dzięki, Anna!- krzyknęłam jeszcze przed zakrętem, machając do niej.- Jeszcze o sobie przypomnę! Do zobaczenia!

* * *

Idziemy drogą w dół i w dół. Zaciskam palce na ramionach plecaka. Znów chce mi się żyć, po raz pierwszy tak naprawdę, odkąd zginął Sky. Wiem, że Netheal idzie, jak zwykle, dwa kroki za mną, czuję jego wzrok na plecach.
Nagle Pietro zatrzymuje się. Przystajemy i odwracamy się.
-Kaja!- mówi połamaniec z lekkim wyrzutem.- Do samolotu? Tak po prostu?
Uśmiecham się lekko.
-Nie przeżyjemy tułaczki przez Rosję w drugą stronę.- mówię rzeczowo.- A Monika jest dorosłą kobietą i jakoś wytrzyma.
Monisia miała bardzo zbolałą minę. Uśmiechnęłam się i ruszyłam dalej.
-I ty pewnie zamierzasz to opisać?- syknęła ucieszona Magdal prosto w moje ucho.
-Ad futuram rei memoriam.- odpowiedziałam i zaczęłam się śmiać.

FIN
Karina
PostWysłany: Sob 15:16, 26 Sie 2006    Temat postu:

e, ja i tak zawsze wolałam Cukierka ^^
A Kaja ma racje Elek jest juzduży chłop a jeszcze się mazgai. Fe! Wstydziłby się!
Ive-Hao
PostWysłany: Sob 14:41, 26 Sie 2006    Temat postu:

Ech biedny Elek....on ma zdowo przechlapane....

(Z; chodź raz to nie duch)

ech....
Kaja
PostWysłany: Sob 13:55, 26 Sie 2006    Temat postu:

No, robaczki, przedostatni part, przerwa i zobaczymy, co się uda wykopać z czeluści twardego dysku. Jestem z siebie dumna, że w ogóle to skończyłam, a nie cisnęłam w diabły. Pod koniec było ciężko, no, ale...

Part 25:

Zeszliśmy z pokładu i pojawił się inny problem. Mianowicie, jak tu trafić do Asakurów, byśmy w życiu tam nie byli. Pytanie o tę jakże sympatyczna rodzinkę zapewne mijało się z celem. Do Tokio jakoś dotarliśmy, wykosztowałam się nawet na bilet bagażowy na pociąg.
"Restless" dalej za mną chodzi.
-A mnie dalej zastanawia, kto zabił Sayuki.- powiedział cicho Pietro, składając gazetę i odkładając ją na kolana. Monika uniosła głowę znad pożyczonej ode mnie książki, ja z trudem oderwałam wzrok od okna.
-A ja chyba wiem.- powiedziałam wolniutko.
-Kto?- zapytała Monika, marszcząc brwi. Westchnęłam ciężko.
-Alex ze mnie żaden.- uśmiechnęłam się krzywo.- Ale on nie miał moich zdolności.
-Przecież mówiłaś, że ktoś wyczyścił wspomnienia!- zawołał Pietro, zwracając na siebie uwagę kilku pasażerów. Na szczęście, nie rozumieli. Wróciliśmy już dawno na polski.
-Z obszaru, tak.- westchnęłam ciężko. Potarłam czoło.- Ale nikomu nie wpadło do głowy ją wyczyścić...
Milczeli, patrząc na mnie uważnie.
-I?- odezwała się wreszcie Monika.- Kto ją zabił?
Ponownie spojrzałam za okno.
-Hao himself.- mruknęłam.- Nie dziwię mu się, bo zołza to była nieprzeciętna. Pozbył się jej, drań.
-Jak na to wpadłaś?
-Po pierwsze, wspomnienia.- wsunęłam w zęby paznokieć.- Po drugie, twarz. Miała na buzi śliczną, rusztową opaleniznę.
-Jesteś walnięta.
-Wiem.
-Hao nie żyje, Kajtuś.
Spojrzałam na Monikę.
-W "Achai" jest pewne bardzo mądre zdanie.- uśmiechnęłam się krzywo.- Że Bogowie dlatego są Bogami, bo mogą nie istnieć i coś robić. Z Haosiem jest bardzo podobnie. A przynajmniej tak mi się wydaje.
Pietro milczał dość długo, potem powiedział coś, co było chyba jego podsumowaniem mojej egzystencji:
-Za dużo czytasz.- i wrócił do gazety.
Pokazałam mu język.

* * *

Nie lubię wielkich metropolii. Kraków to na swój sposób małe miasto, bo życie towarzyskie najpiękniejszej polskiej stolicy zamyka się w obszarze Starego Miasta i nie można się za wiele nachodzić... Jak na moje standardy, oczywiście. A Tokio było wielkie, nowoczesne, hałaśliwe jak moi bracia i okropnie zatłoczone.
Ale jakoś sobie radziliśmy.

* * *

Teraz, kiedy już wyprawa wyraźnie się kończy, ogarnia mnie jakiś dziwny spokój. Potrafię bez trudu się wyłączyć, zamyślić i trwać w tym stanie bardzo długo. Moi przyjaciele natomiast są coraz bardziej podenerwowani.
Nie wiem, czemu... Ale ciągle mam wrażenie, że jest nas co najmniej sześcioro.

* * *

Wyjaśniło się.
Braciszek Pietra ani myślał zrezygnować i znalazł nas w tym cholernym japońskim mrowisku.
Jak go zobaczyłam myślałam, że zemdleję. Oni się nie połapali, bo Pietro trajkotał coś w najlepsze. A dziewczyny słuchały. W końcu tylko ja dawno uodporniłam się na potoki wymowy połamańca. Otrząsnęłam się i opędzlowałam zasłuchana Monikę ze sztyletu. Swoją drogą, kto normalny nosi sztylet w kieszeni?
Zostawiłam moje stadko i ruszyłam przez tłum. Elistrat obserwował mnie beznamiętnie, oparty swobodnie o merca. Ciemnozielonego merca, na moje i jego szczęście. Gdyby był czarny, tobym go po prostu czymś porysowała.
Podeszłam i oparłam pięść o biodro.
-I?- zapytałam treściwie z właściwym sobie wdziękiem. Elek uniósł brwi.
-Co: i?
-Przyjechałeś tutaj tak o czy może w jakimś celu?
Przyjrzał mi się uważnie. Gdzieś na dnie jego oczu błyszczał śmiech. Spróbowałam to zignorować i przybrałam swoją typową, zimną minę.
-Ty jak zwykle prosto z mostu.- powiedział ciepło i ponownie spojrzał w tłum. A ja zaczęłam się zastanawiać, co on we mnie tak właściwie widzi.- A ja po prostu sprawdzam, jak sobie radzicie.
-Elistrat...- zaczęłam, ale nie dane mi było skończyć.
-Masz rację, jestem egoistą.- rzucił mi mdłe spojrzenie.- Nie ja jeden, prawda?
-Ale o co ci, do czorta, chodzi?!- wściekłam się.
-Mam ostatnią szansę, prawda?- uśmiechnął się krzywo.- Już jutro będzie po wszystkim... I nigdy więcej o mnie nie pomyślisz, bo będziesz miała z powrotem swojego kochanego stróża. Co mi szkodzi spróbować jeszcze raz cię powstrzymać?
-Żeby mnie powstrzymać, musiałbyś mnie zabić.- wycedziłam lodowato.- A jak sam się przekonałeś w swoim własnym domu, nie jesteś w stanie. I wybacz, że to mówię, ale robisz się żałosny. W Ameryce to było jeszcze do zniesienia, ale teraz jesteś w miarę dojrzałym facetem i mógłbyś się wziąć w garść.
-Ale...
-I nie zachowuj się jak dziecko!- prychnęłam, odwróciłam się i odeszłam.
Pietro akurat skończył tokować i spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Obejrzałam się przez ramię. Ciemnozielony merc właśnie ruszał z miejsca. Odetchnęłam z ulgą.
-No, to Silajewa mamy z głowy.- powiedziałam niemal wesoło.- Idziemy, robaczki?

* * *

-Kaja...
-Tak?
-Ja... Dziękuję.
Obejrzałam się. Raven unosiła się za mną i uśmiechała lekko.
-Za co?- zapytałam, zdziwiona. Rav westchnęła i spojrzała na szybko ciemniejące niebo.
-Po raz drugi zmusiłaś Monisię i Pietra do ruszenia się z miejsca i wzięcia w garść.- powiedziała wolno.- Nie masz pojęcia, jacy leniwi się zrobili. Cieszę się, że poszli z tobą. No i sama nie dałabyś rady, prawda?
Uśmiechnęłam się ironicznie, ale nie wypowiedziałam na głos jednej myśli. Że sama dałabym sobie radę lepiej niż z nimi. Bo nie musiałabym się hamować.
Ive-Hao
PostWysłany: Pią 16:43, 25 Sie 2006    Temat postu:

Końcówka dość filozoficzna....jak dla mnie dobra, raszta
:pada na podłoge tażając się ze śmiechu: wiem głupia reakcja Laughing
Kaja
PostWysłany: Pią 16:08, 25 Sie 2006    Temat postu:

Dobra! Zmiana planów. Jezcze tylko dwa party, z czego jeden gotowy, ha. I na końcu, jak pewnie wszyscy zauważyli, zaczął mi się mieszać czas xD ale kto tam na to patrzy.
Pojęcia nie macie, jaki ja mam bałagan w pokoju. Godzinę zajęło mi szukanie tego drugiego cytatu, czy raczej książki, w której on był Very Happy

Part 24:

Dobrnęliśmy do Władywostoku.
Jest połowa maja.

* * *

Una siedziała w salonie Kurowlewów, kuzynów Silajewów, jak struta. Z dłońmi między kolanami i opuszczona głową wyglądała jak zaszczute zwierzątko. Annuszka, pani domu, patrzyła na nią z litością.
-Biedne dziecko.- zaszeptała.- Wezmę ją, choćby dlatego, że serce mi się kraje na drobniutkie ćwierci, kiedy na nią patrzę.
Pietro westchnął z ulgą. Wszyscy odetchnęliśmy, Magdal i Rav także. Skinęłam głową pani Annuszce i wstałam.
-My już pójdziemy.- powiedziałam cicho.- Czas na nas. Statek odpływa za pół godziny.- podniosłam Monikę.- Chodźcie. Dziękujemy, gospodina Annuszka, Una naprawdę tego potrzebuje.
Pani Annuszka już głaskała Unę po głowie.
-Widzę.- powiedziała miękko.- Nigdy nie zgadzałam się z tym, jak Natasza wychowuje swoje dzieci. To całe stawianie na szamaństwo… Bzdura.
-Do widzenia. Cześć, Una.
Una podniosła na nas spojrzenie. Mei machnęła końcem ogona.
-Cześć.- szepnęła siostra Pietra i z powrotem opuściła głowę.
Drzwi zamknęły się za nami z dziwnie żałobnym łoskotem.

* * *

-I znów jest tak samo.- powiedziała z dziwną goryczą Monika.- My troje, Raven i Magdal. Jak na początku. Tej wyprawy.- dodała szybko, widząc znaczące spojrzenie Pietra. On jest rozkoszny. Myśli, że nie widzę. Ale ja nie jestem ślepa.
Oparłam się o burtę statku i wpatrzyłam w wodę.
-Jakby przez ten rok nic się nie działo.- ciągnęła moja przyjaciółka.- Jakbyśmy po prostu przylecieli samolotem do Władywostoku i dla rozrywki wsiedli na statek. To wszystko... Jest jakieś dziwnie dziwne.
Uśmiechnęłam się do siebie. Podparłam brodę dłonią i spojrzałam dla odmiany w horyzont.
-Jak to szło?- zastanowiłam się na głos.- "Jeśli coś kochasz, zwróć mu wolność. Jeśli tak ma być, wróci do ciebie."
-A to było á propos czego?- zainteresował się Pietro. Westchnęłam ciężko.
-Tak o.- mruknęłam.
-A wiesz, co mnie dziwi?- zapytała chytrze Monika.- Że wyjęłaś to szkaradzieństwo z ozorka.
-A bulba.- powiedziałam z westchnieniem.- Nie wyjęłam. Tylko założyłam sobie takie coś, zaślepkę. Dziurka jest nadal.
Monika z rozmachem walnęła się w czoło.
-Ty dajesz moim dzieciom zły przykład!- jęknęła.
-Patrykowi owszem.- odcięłam się.- Ale temu małemu nienarodzonemu to jeszcze nie, bo nie wiem nawet, jakiej będzie płci. Ale jeśli dziewczynka, to mam nadzieję, że pójdzie w moje ślady, bo rodziców ma...- urwałam.
-No, jakich?- zainteresował się chłodno Pietro.
-Że po prostu klękajcie narody...- zaśmiałam się i uciekłam.

* * *

Wypłynęliśmy z portu wieczorem, więc przed nocą nie udało nam się dotrzeć do wybrzeży Japonii. Lubiłam takie klimaty - zachód, morze, stateczek. Wystarczyło pozbyć się Moniki i Pietra z duchami i pójść na dziób statku, usiąść sobie i podumać.
Zrobiłam to. Co miałam do stracenia? Nic. No, co najwyżej jutrzejszy spokój, bo Monika uwzięła się na mnie i próbuje matkować. Jej to naprawdę szajba walnęła na mózg, a hormony nieco przedobrzyły. Nie wiem, jakie, bo nigdy się tym specjalnie nie interesowałam, a w liceum z biologii miałam ledwie trzy. Ale ja się nie dam jej hormonom. Jestem zapięta, zwarta i żwawa.
Boże, odbija mi.
Niech mnie ktoś zabije.
Wyjęłam małą latarkę, włączyłam ją i wsadziłam w zęby. Wyjęłam z przyciągniętego plecaka papier, podkładkę i ołówek. Nigdy nie potrafiłam rysować. Ale na ostatnim roku zaprzyjaźniłam się z dziewczyną na rysunku i ona mnie trochę nauczyła.
Jednak nawet nie dotknęłam ołówkiem kartki. Grafit zawisł kilka milimetrów nad papierem i drżał, bo ręka też mi drżała. Nie, nie z zimna. Patrzyłam tam, na wschód, a serce biło mi coraz szybciej i coraz głośniej. Niemal słyszałam ciche "Restless". Niemal. Bo tak naprawdę wokół tylko szumiała woda i terkotał silnik statku.
Wyjęłam latarkę z zębów. Kartki wyśliznęły mi się z palców, ołówek potoczył i wpadł do plecaka. Wsunęłam dłonie we włosy i oparłam czoło o kolana.
Co by było, gdyby...
Ja to mam naprawdę popaprany żywot... W robocie się pytają, kiedy wreszcie znajdę sobie faceta, bo obniżam męskiej części załogi morale. Ha, ha, w życiu się tak nie uśmiałam. Na studiach robiłam za dziwadło, miłe, towarzyskie i wesołe, ale dziwadło, bo nikt nie mógł mojego faceta zobaczyć. Odkąd dostałam w swoje ręce "Czwarty wymiar" zaczynam się poważnie zastanawiać nad taką możliwością... Chociaż jestem wykształconą idiotką i wiem, że nie istnieje coś takiego jak wir poznawalności, a czwarty wymiar nie ma cech fizycznych.
Och, Boże...
Przypomniałam sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, Goethe: "Boże, tyś tak życie urządził, że człowiek dopóty jest szczęśliwy, dopóki do rozumu nie przyjdzie, albo dopiero, gdy go straci." Jakby nie patrzeć prawda. Szkoda tylko, że ci szczęśliwcy mieszkają w miękkich pokoikach. Miękki dywan, miękka sofka, miękkie ściany, rozumiecie.
Po drugie, Konar: "Miłość jest jak eter. Może zabić, ale może też... ulotnić się".
Ive-Hao
PostWysłany: Sob 23:19, 19 Sie 2006    Temat postu:

Wiesz? Ty mnie zawsze rozwalisz, najpewniej na początku...hehe Laughing
Kaja
PostWysłany: Sob 15:51, 19 Sie 2006    Temat postu:

jeśli chodzi o bohaterów "Artemisa", to ja się na tym dobrze znam xD
jest w ksiażce tylko kilka irytujacych błędów i nie wiem, czy Ogierek w końcu jest faunem czy centaurem xD[/img]
Fly
PostWysłany: Pią 23:03, 18 Sie 2006    Temat postu:

Fakt jest tam taki krasnal, Mierzwa mu było chyba ^^" Te, a wiesz, że przez opowiadanie zachęciłaś mnie do czytania Artemisa xP byłam Ciekawa tego krasnala i mnie wciagnęło xD"

Co do ficka.. Mapa mnie rozłorzyła XD !899, tak? ^^'''' lol... Ale granica tez była niezła ^^"
Daryśka
PostWysłany: Czw 17:38, 17 Sie 2006    Temat postu:

Mapa położyła mnie na łopatki, ale o tym już wiesz Laughing zresztą powiedziałam Ci, że jeśli uduszę się ze śmiechu, to ty pójdziez za to siedzieć Razz
Kaja
PostWysłany: Czw 17:26, 17 Sie 2006    Temat postu:

Do napisania jeszcze tylko sześć partów. Bosko. A plan wypełniony Very Happy

Part 23:

Pełzniemy niemal wzdłuż granicy. No, dobra! Dwa razy żeśmy szli przez zieloną, bo nam się nie chciało przechodzić kontroli, a natknęliśmy się ni w piętę ni w oko na tabliczkę "TU GRANICA". Głupie, nie? Czemu wszystkie państwa nie są zwyczajnie kwadratowe? Byłoby znacznie prościej.
Albo okrągłe. To by było miłe.
Koniec końców, wylądowaliśmy w jakiejś zapyziałej dziurze, gdzie wygódka jest na porządku dziennym, a o bieżącej wodzie chyba nikt nie słyszał. Za to mamy towarzystwo. Kleptoman z poprzedniego miejsca postoju się przyczepił i idzie naszym śladem.
Cóż. Będzie trochę rozrywki.

* * *

Pietro siedział nad ogniskiem i ślepił się w mapę. Było to dość karkołomne zajęcie, bo żeby nie spalić mapy, trzeba było się wykręcić, przegiąć i wysmyknąć. Ale połamaniec jakoś sobie radził.
Przyglądałyśmy się temu z chłodnym podziwem.
-Pietro.- odezwałam się wreszcie ze znudzeniem.
-Cicho!
Spojrzałam na Monikę. Monika spojrzała na mnie. Jak na komendę wzruszyłyśmy ramionami.
Sięgnęłam leniwie za siebie, złapałam latarkę. Włączyłam ją i skierowałam ostry strumień światłą na Pietra.
-Ej!- ryknął, osłaniając oczy ręką.- Co ty sobie robisz?! I czemu mi wcześniej nie powiedziałaś, że wymieniłaś jej baterie?
-Próbowałam.- odparłam lodowato.- Ale ciebie nie dało się odciągnąć od tego mapiszcza. Dawaj to.- wyrwałam mu płachtę i skierowałam na nią światło latarki. Chwilę patrzyłam z otwartymi ustami.
-Pietro, co to za mapa w ogóle jest?- zapytała Monika, marszcząc czoło.
-E, no.- brzmiała konkretna jak jasny drań odpowiedź.- No, mapa, no... tego...
-Lepsze pytanie.- szepnęłam.- Z którego ona jest roku?
Tu Pietro się nie wahał.
-Tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego dziewiątego.
LOL...

* * *

-Przykro, że mapa się wzięła i zdezaktualizowała.- warknęłam jadowicie.- Ale tak to jest z mapami. Raz na sto lat należy je wymienić.
Pietro, pełen psiego niemal poczucia winy, kulił głowę w ramionach.
-To ja już się nie dziwię, czemu tu wylądowaliśmy!- wrzasnęłam.- Według tego świstka Morze Japońskie jest na północny zachód stąd! Brawo, Pietro, brawo! Po raz kolejny dowiodłeś inteligencji sięgającej gruntu.
-Ale...
-I gratuluję spostrzegawczości!- ryknęłam tak, że gawrony zwiały z krakaniem z pobliskiego drzewka.
-No czego chcesz.- wymamrotał Pietro, patrząc na mnie wzrokiem zbitego spaniela.- Ja z geografii dwóję miałem...
Zaniemówiłam. Przez dobrą chwilę patrzyłam na niego, totalnie osłupiała.
Że co proszę? Taki, kurczę, obcykany w Ameryce ze wszystkiego, co się dało, zwiedził pół świata i ma z geografii dwa? To się nie mieściło w moim pojęciu "pietrowości". Muszę zweryfikować swój światopogląd. Rany.
W tym momencie usłyszałam kroki. Odwróciłam się, płonąca z ochoty dokopania komuś do kaptura. I w oczy wlazł mi, jego pech, kleptoman z poprzedniej wiochy.
Wyszczerzyłam się upiornie. Krasnalek skulił się i wysunął do tyłu nogę z zamiarem dania drapaka. Wyglądał jak postać z komiksu. Brakowało tylko wyrazistości i kreski. Sięgnęłam i złapałam go za kołnierz.
-Dzień dobry.- powiedziałam, szczerząc siekacze, kły, przedtrzonowe i trzonowce, łącznie cała kupę zębiny i szkliwa*.
-D-dobry.- mruknął. Potrząsnęłam nim.
-Co my tu mamy?- zainteresowała się chłodno Monisia, podchodząc.
-Krasnal kleptoman.- wyjaśniłam.- Całkiem jak u Colfera.**
-Ja nie winien!- wrzasnął.- Pomiłujcie!
Przyjrzałam się mu. Obróciłam go w rękach, złapałam za kostkę u nogi i potrząsnęłam energicznie. Na topniejący śnieg wyleciała kupa pieniądza i biżuterii. Spojrzeliśmy po sobie z Pietrem i Moniką. Nawet Una się zainteresowała.
-Kradniemy, co?- mruknęłam, nie siląc się na grzeczność i puszczając go prosto w stertę zrabowanych rzeczy.- Rav, mogę mieć prośbę?
-Tak jest!- zameldowała się sprężyście, szczęśliwa, ze ktoś wreszcie zwrócił na nią uwagę.
-Znajdź mi policję. To znaczy, wróć, milicję.
Krasnalek obserwował mnie szeroko otwartymi ustami. Nie widział Rav i nie wiedział, do kogo mówię. A Rav wykrzywiła się do niego, stoczyła w kulkę i zniknęła.
-Fajnie.- powiedziała po chwili Monika.- Wymiar sprawiedliwości, te rzeczy. Ale czemu używasz mojego ducha?






*Dobra, przyznaję się. Niemal dosłowny cytat z Sapkowskiego. Jak ktoś nie wierzy, to niech sobie poszuka opowiadania "Złote popołudnie”, tam to jest. W oryginale są jeszcze łamacze. Pisane z pamięci xD
**Mowa, oczywiście, o cyklu "Artemid Fowl", wspomniany krasnal kleptoman nazywa się Mierzwa Grzebaczek i jest wróżką. To znaczy krasnalem. To znaczy... A, sami poczytajcie xD

Powered by phpBB © 2001,2002 phpBB Group